Z Sycylii do Grecji – a wiatr pokaże którędy

Czerwiec 22nd, 2017 | Posted by carinho in Jacht | LifeStyle | Miejsca | Rejsy | urlop | wakacje

15-22.06.2017 r.                                                                         37°57,70’N 023°29,79’E

Długi falochron przy porcie Mazara del Vallo bardzo skutecznie osłonił nasze kotwicowisko przed falami i noc była wyjątkowo spokojna. Kolejne przystanki, płynąc dalej na wschód wzdłuż południowego wybrzeża Sycylii, planujemy w Porto Empedocle, Licacie i Porto Palo. W sumie odcinek ten ma długość ok.150 Mil, więc teoretycznie można by go pokonać w dobę, ale… po co zarywać nockę, skoro jest możliwość noclegu? 😉 Przy okazji z przyjemnością przypomnimy sobie dawno niewidziane miejsca, od 2013 r. 🙂

Wiatr nam sprzyja – płyniemy motylem prosto do celu, czyli do Porto Empedocle 🙂

Zielone i żółte strzałki na ekranie to są kutry rybackie w promieniu 25 Mil – wyminąć się z tym całym towarzystwem zmieniającym swoje kursy co kilka minut to nie lada zadanie 😛

Późnym popołudniem dotarliśmy do Portu Empedocle – od razu wróciły wspomnienia… To co się zmieniło, to brak zgody na kotwiczenie w starym basenie portowym, jak wkrótce po rzuceniu kotwicy poinformowała nas straż portowa (mimo oficjalnego oznakowania tego kotwicowiska w locjach i na mapach)…  Dlatego jeszcze tego samego wieczoru musieliśmy przenieść się do portu i stanąć przy kei… 😛

Niestety tu też zaszły niekorzystne zmiany… Cena postoju przy tej mikroskopijnej kei wynosi teraz 70€ zamiast poprzednich 40€… Plus 10€ za prąd i wodę…

Mimo to staramy się zachować dobry nastrój i odwiedzamy lokalny sklep żeglarsko-wędkarski, bo po drodze zepsuła się pompa od jednego z pryszniców…

Porto Empedocle to przykład typowo sycylijskiego miasta, zarówno pod względem stylu architektury jak i opłakanego stanu tych budynków… Wiele domów wygląda wręcz na opuszczone… Czyżby na Sycylii żyło się aż tak źle???

Po pięknych, eleganckich kamienicach widać, że dawniej miasto było bogate… Co więc się stało, że dziś popada w ruinę… Pytanie bez odpowiedzi. Jednak takie samo wrażenie odnieśliśmy w Licacie, gdy przez kilka dni staliśmy tu w drodze na Kanary…

A propos Licaty, właśnie zbliżamy się do jej falochronu 🙂

Po zaopatrzeniu w Porto Empedocle nie potrzebowaliśmy od Licaty niczego więcej niż miejsca na nocleg, najlepiej tanio 😉 Stanęliśmy więc sobie przy falochronie z widokiem na niezwykle „przystrojone” wzgórze zamkowe 🙂

Po bezwietrznej nocy całe wzgórze spowiła gęsta mgła… jak w jakimś horrorze… 😛

Zresztą dookoła jachtu też nie wiadomo skąd, zupełnie nagle pojawiła się niepokojąca mgła… Było bardzo nieswojo widzieć na 50 metrów przed dziobem i słyszeć gdzieś tam silniki kutrów rybackich… 😛

Stres trwał na szczęście krótko, może ze 20 minut – mgła zniknęła tak samo nagle, jak się pojawiła, a niebo po horyzont było bezchmurne 🙂 Wciąż mieliśmy dobry wiatr zachodni, a do celu 65 Mil.

W połowie drogi wiatr mocno przybrał na sile pchając Balaou z prędkością 7-8 węzłów – dlatego mimo długiego odcinka dotarliśmy do Porto Palo znacznie wcześniej niż się spodziewaliśmy, na długo przed zachodem słońca 🙂 Z najnowszej prognozy pogody wynikało, że musimy tu postać do poniedziałku 19.06 (pojutrze), żeby ruszyć dalej – trzeba przeczekać bardzo silny wiatr 38-45 węzłów na Morzu Jońskim, który już jutro otrze się nawet o Sycylię… ale potem mamy drogę wolną od zagrożeń aż do samej Grecji 🙂 W międzyczasie musimy też zdecydować, którędy udamy się do Aten – wokół Peloponezu (w 4 dni), czy przez Kanał Koryncki (w 3 dni, ale za cenę 250€)… Wybór nie jest łatwy… 😛

W poniedziałek faktycznie wiatr się trochę uspokoił i… pożegnaliśmy Porto Palo i Sycylię zarazem 🙂

Kilkanaście Mil od brzegów Sycylii pogoda pomogła nam w podjęciu decyzji – płyniemy przez Kanał Koryncki, bo tak nam znacznie bardziej pasuje aktualny kierunek wiatru. Czasem po prostu trzeba zaakceptować decyzję Matki Natury 😉

Gdzieś na środku Morza Jońskiego pomiędzy Sycylią a Grecją 🙂

Wybór był słuszny – całą noc wiał wspaniały wiatr, nie za słaby, nie za mocny i o świcie ujrzeliśmy już brzeg Kefalonii…

… i Zakintos 😀

Południowy brzeg Kefalonii 🙂

O zachodzie słońca Wyspy Jońskie były już daleko za nami – zmierzaliśmy do Zatoki Patraskiej…

… i pod słynny most w Patrze łączący Peloponez i kontynent 🙂

Żeby przepłynąć pod mostem trzeba drogą radiową otrzymać zgodę i wskazówki zgodnie z wielkością statku – my potrzebujemy co najmniej 21-metrowego prześwitu do bezpiecznego przejścia 🙂 Patrząc z pokładu wydaje się, że maszt się nie zmieści… W nocy to wrażenie jest jeszcze mocniejsze 😛

Całą noc zajęło nam pokonanie Zatoki Korynckiej, a koło południa czekaliśmy już przy miasteczku Loutraki na pozwolenie przejścia przez Kanał Koryncki 🙂

Wejście do kanału od strony zachodniej jest tak niepozorne, że trudno je wypatrzeć z większej odległości (i na zdjęciu też) 😉

Pojawiają się pierwsze jachty 🙂

Teraz kolej na nas 🙂

Niestety drugi jacht chętny do przepłynięcia kanału miał awarię i musiał zrezygnować… dobrze, że holownik był akurat w pobliżu 😛

Tak więc płynie tylko Balaou 🙂

Gdy śruby innych jachtów nie mącą wody, można zobaczyć lustrzane odbicie kanału 🙂

Tę kładkę dla pieszych zaliczyliśmy rok temu na jednej z naszych wspaniałych, peloponeskich wycieczek 🙂

A to kolejne mosty – kolejowy i dla samochodów 🙂

Patrząc w górę ściany kanału wydają się być jeszcze bliżej… 😉

A przepływając pod mostami wydaje się, że maszt za chwilę zahaczy… 😛

No i nadszedł najbardziej przykry moment – wniesienie opłaty za kanał 😛

W porcie Isthmia prócz kei, gdzie można cumować tylko na czas płacenia za kanał, niestety nie zbudowano niczego innego – rozwalający się falochron daje schronienie tylko kilku lokalnym łódkom… Dlatego mimo zmęczenia trzeba płynąć dalej 😛

Tuż po zachodzie słońca dopłynęliśmy do wyspy Salamina, skąd już tylko 25 Mil do Aten 🙂

W spokojnej zatoce, którą już znaliśmy z poprzedniej przeprawy przez kanał, rzuciliśmy kotwicę ciesząc się udanym dniem i całym tripem z Sycylii 😀

Jak cudownie! Balaou znowu jest w Grecji! 😀 Czujemy się wprost przeszczęśliwi – nie mamy ambicji bicia rekordów swoich ani cudzych, za wielkie szczęście i sukces uważamy przepłynięcie prawie 5000 Mil z Grecji na Kanary i z powrotem bez szwanku, cało i zdrowo, bez żadnych strat w sprzęcie 🙂 Był to dla nas spory wysiłek fizyczny i nie da się ukryć, również psychiczny. Morze czy ocean to nie jest naturalne środowisko człowieka, nie jest nam przyjazne, trzeba mieć wielki respekt przed tym żywiołem… Dowiedzieliśmy się o kilku jachtach, które wypłynęły z Gibraltaru i nigdy nie dotarły do celu… Trwały poszukiwania… Być może strach, który cały czas gdzieś pod skórą się skrywał, wzmagał naszą czujność i pomagał podejmować przezorne decyzje. Ta podróż też dowiodła, że choć jesteśmy żeglarzami-amatorami, to jednak całkiem dobrze idzie nam planowanie długich tras 😉 W tej chwili, stojąc już na greckiej ziemi, jesteśmy z siebie dumni, i z Balaou, że tak dzielnie stawiał czoła żywiołom 😀

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Login