Przygotowania BALAOU

Marzec 4th, 2013 | Posted by Ziemek in Jacht | LifeStyle

Przygotowania BALAOU

„Zobacz, ta anoda chyba już niewiele z siebie da. Trzeba wymienić”. „Ooo, w kółeczku od logu jest złamany ząb. Nowe załatw.”  „Widziałeś śmigła wiatraka? Widziałem. Massif już czeka na dostawę nowych.” „Filtry w łazienkach przeczyściłem. Dobrze by było mieć jedną nówkę w zapasie.” „Akumulatory do windy kotwicznej i steru strumieniowego się nie ładują. Dlaczego? A ja wiem, może dostają ładowanie tylko z alternatora, kiedy silnik pracuje.” „Xantrex. Co to jest? Brzmi jak nazwa leku nasennego. Spoko, zaraz się dowiemy”. „Dlaczego mamy tylko pięć odbijaczy? A ile byś chciał? No, po trzy na każdą burtę przecież. Dodaj do listy”.

SONY DSC

Cudo stało w strefie technicznej w Port du Crouesty, prężąc zainstalowany z powrotem maszt z nowym olinowaniem stałym, a my, szczęśliwcy, po wyjściu z oszołomienia, byliśmy wreszcie w stanie zapoznać się z nim „od kuchni” odkrywając zarazem te niezliczone drobiazgi, które zawsze umykają uwadze, przynajmniej dopóki nie odbiją się czkawką na funkcjonowaniu jakiegoś sprzętu. Najczęściej daleko od brzegu.

MasztD

Grubsze sprawy oddawaliśmy z oczywistą ulgą profesjonalistom. „Dobra robota” – mówię do Manfreda, który po wymianie olinowania stałego ROD na trwalszy Dyform i udanym zamontowniu masztu z powrotem, wypłynął z nami na krótki test. „Dobra średnica” – poprawił gładko z uśmiechem, zerkając na zawietrzną wantę kolumnową. Ale grubszych spraw było niewiele, za to drobiazgów – mnóstwo. Te ostatnie można by nawet podzielić na kilka grup.

Foto1filtr

 

 

 

 

 

Do pierwszej należą elementy, które dobiegły kresu swoich dni, czy to w wyniku zużycia, czy też według wskazań etykietki producenta (przewód doprowadzający gaz z butli do kuchenki nosił etykietę „Wymienić przed 2009 r.” i nie było co dyskutować z jej treścią). Druga grupa, to usterki: pęknięta stójka od relingu, rozgięta szekla na obciągaczu bomu, uszkodzony zamek w forpiku, dziurawy filtr wody słonej w układzie wymiany ciepła w zamrażarce.

Trzecia grupa to „rzeczy, które nie działają nawet, gdy się w nie łupnie”. I nie chcą podać treści postulatów strajkowych. Ogniwo paliwowe żłopało metanol nie dając ani Ampera prądu i czknięciami na wskaźniku podawało kody błędów. Poświęcone kodom strony instrukcji obsługi zaczęły się już zaginać od częstego wertowania, kiedy zrezygnowani oddaliśmy „metyla” w ręce profesjonalisty. Czkawka przeszła, prąd zaczął płynąć. Skąpo strzykająca cieczą nożna pompa do wody zaburtowej także stanowiła zagwozdkę, ale tutaj wykazaliśmy się samodzielnością.

Wróćmy jednak do spraw ważnych. Kadłub, silnik, żagle.

67996_309047675876391_265152193_n

Osmozy się nie baliśmy na tym kilkuletnim jachcie wykonanym w nowoczesnej technologii przez znaną stocznię. Natomiast jego przeszłość, o której wiedzieliśmy tylko tyle, że jacht ma za sobą dwie przeprawy transatlantyckie, pozostała nieznana, tym bardziej, że nie udało nam się spotkać z pierwszym właścicielem. Kadłub poddany ocenie eksperta uzbrojonego w przeróżne szpeje wykazał się brakiem osmozy, a kil nie dziabnął nigdy o dno. Gdzie jak gdzie, ale na wodach opływających Bretanię ze skokiem pływów miejscowo sięgającym 12 metrów, okazji do takiej przygody nie brakowało.

 

Maryan

Silnik: analiza oleju przez laboratorium, tak, Szanowni Państwo, wykazała, że Yanmar – od dziś noszący pieszczotliwe miano „MarYan” – jest zdrowy. Dobra nasza, bo przed nim tysiące godzin pracy. Tylko kiedy ostatnio zmieniano w nim olej? „To najmocniejsza jednostka napędowa, jaką przewidział dla tego jachtu architekt”- zachwalał sprzedawca. „Mocny silnik, czyli więcej ropy spala”- odparliśmy z powątpiewaniem. Spojrzał na nas w sposób sugerujący, że nasz komentarz trafił na jego całkiem prywatną listę zasłyszanych idiotyzmów. Po późniejszych pomiarach okazało się, że nie mieliśmy racji, a Maryan jest jak babcia andaluzyjskiego chłopa, niewiele zje, a udźwignie więcej niż sama waży.

 

 

VoilesŻagle ze Spektry „odświeżone” przez żaglownię budziły mieszane uczucia podziwu dla kroju i trwałości materiału oraz zdziwienia dla niektórych rozwiązań, jak choćby ochronny rękaw wciągany na zrolowaną na sztagu genuę. „Poprzedni właściciel był perfekcjonistą” – odpowiedział zdawkowo na pytanie sprzedawca. „Znaczy: maniakiem?” – nie dałem się zbyć. Sprzedawca westchnął jakby miał zdradzić wstydliwy sekret swojego mocodawcy. „Widzi pan, uważał, że materiał ochronny, którym obszywa się liki dolny i wolny genuy będzie zniekształcał profil żagla i pogarszał jego parametry”. Jeszcze tego samego dnia żaglownia przyjęła zlecenie obszycia solenta i genuy.

 

Ostatnią ważną kwestią był czas. A właściwie jego coraz bardziej dokuczliwy niedostatek. Prace na i pod pokładem trwały od dwóch miesięcy, a pod koniec listopada jacht nadal nie był gotowy. Dobra nasza, zdążymy do 3 grudnia. Z ważniejszych spraw pozostały dokumenty rejestracyjne jachtu, jego ubezpieczenie i licencja na UKF-kę oraz pławę EPIRB.

No i ten drobiazg, czyli szwankujące wskaźniki pod masztem, którymi lada dzień zajmie się przysłany przez Massif Marine elektronik. Dobra nasza.

SONY DSC

Bomba wybuchła dwa dni później. „Wskaźniki zostały zalane wodą i są nie do naprawienia”- oświadczył autorytarnie elektronik pakując narzędzia do skrzynki. „Przecież podczas żeglugi co chwila są nią zalewane”- to było niedorzeczne. „Nie potrafię powiedzieć jak to się stało, ale woda dostała się do wewnątrz obudowy wskaźników i je uszkodziła”- odparł, a po chwili dodał pocieszająco: „Niech państwo zgłoszą to do ubezpieczyciela. Ekspertyza z pewnością wyjaśni przyczynę szkody”. Ubezpieczyciel?! Ekspertyza?! Człowieku, za tydzień wyruszamy na ocean!- zawyłem w duchu. Po otrzymaniu nazajutrz dokumentów jachtu, nic już nas nie trzymało w Arzon.

Nic? Dylemat okazał się prosty i bolesny: rzucić sprawę wskaźników i płynąć zgodnie z planem spisawszy ten sprzęt na straty albo stać i liczyć na zmiłowanie losu oraz szybkie (akurat!) działanie ze strony ubezpieczyciela. Irracjonalnie zdaliśmy się na los…

D-3. „Allo? Ustaliliśmy, że do szkody, jaką państwo zgłosili do nas, doszło podczas wymiany olinowania stałego. Państwa zleceniobiorca umieścił maszt wskaźnikami w dół, przez co stały one w ciągu kilku tygodni zanurzone w zbierającej się wodzie deszczowej”- męski głos brzmiał radośnie w słuchawce telefonu. Ten to ma pracę. „Youpi! Co teraz?”- zareagowałem zgryźliwie.”Proszę napisać roszczenie do zleceniobiorcy, który zgłosi tę szkodę do swojego ubezpieczyciela OC. Potem odszkodowanie będzie tylko kwestią czasu”- zanucił niemal.”Kwestią czasu? Tu właśnie o czas chodzi!”- warknąłem. Głos po chwili zabrzmiał poważnie, może facet czytał właśnie pismo od nas – „Miałem na myśli, że ubezpieczyciel zleceniobiorcy uzna roszczenie bez zwłoki, a w miejsce zniszczonego sprzętu zostanie zamówiony i zainstalowany nowy”. Tego samego dnia roszczenie zostało wręczone Manfredowi, który, dyskretnie przypilnowany, przesłał je od razu do swojego ubezpieczyciela. Tik-tak tik-tak.

Następnego dnia dzwonię pod numer wydobyty od Manfreda. I tu niespodzianka: nie jestem pierwszy, który w tym dniu kontaktuje się z ubezpieczycielem Manfreda. „Massif otrzymał od nas właśnie faksem potwierdzenie pokrycia szkody przez nasze towarzystwo”. Nie mogę uwierzyć!

Dzwonię do Massif, nie mogę się dodzwonić, dzwonię znowu – zajęte, wsiadam w samochód i do nich jadę. Jeszcze nie przekroczyłem progu, a Regis, wyglądając zza dwóch klientów, zawołał z zadowoleniem: „Zamówiliśmy nowe wskaźniki u przedstawiciela Raymarine. Niestety model, jaki mają państwo na pokładzie nie jest już produkowany. Za zgodą ubezpieczyciela, zainstalujemy nowszy model”. „Dostawa ma być pojutrze” – dodał uprzedzając moje pytanie. Ma facet refleks. Alleluja! Uwierzyłem.

3. grudnia, D-day. I dzień zapowiadanej dostawy… Sunny & windy czyli pogoda, że buzi dać a cumy oddać. Wieści o sprzęcie okazały się niedobre, bo przesyłka dotarła niekompletna. Paczka zawierająca moduł sterujący do zainstalowania pod kołem sterowym pojechała do Marsylii zamiast do Arzon. „Co dalej?” – niepokój u załogi, która już zaczęła w myślach odliczanie do 22 grudnia – daty odlotu samolotu z Teneryfy do Polski na Święta, był już wyczuwalny. „Czekamy. Kurier z Marsylii ma dostarczyć moduł jutro po południu”.

4 grudnia. D+1 albo ponad 160 mil do tyłu, bo taki dystans mielibyśmy już za sobą po 24 godzinach.  Przesyłka nie dotarła. „Jest w drodze”- poinformował Regis bardziej żeby coś powiedzieć.

5 grudnia, 300 mil w tyłek jak nic. Wyczekujące spojrzenia w mesie. Ale w Massif Regis przywitał mnie milcząco rozkładając ręce. Czyżby los nam nie sprzyjał? Dzień niepokoju i wątpliwości.

6 grudnia. Wczoraj wieczorem, dopłynęlibyśmy do Hiszpanii, a zamiast tego nadal stoimy w Bretanii. Pamiętając, że przesyłki docierają do Massif tuż przed jedenastą, znalazłem się tam o tej porze. Regisa nie było, ale niewielki pakunek z logo Raymarine leżący na ladzie sugerował, że jest tym wyczekiwanym przez nas. Obróciłem paczkę… adres nadawcy? Marsylia!

„Za godzinę przyślemy elektronika, żeby zainstalował wskaźniki i moduł sterujący” – Regis zjawił się niepostrzeżenie obok mnie. „Nie zabierze mu to całego dnia?”- spytałem. „Kilka godzin”- wzruszył lekko ramionami. I tak też się stało, chociaż, pewni już swego, zatrzymaliśmy specjalistę na dłużej. Rzeczwiście spędził resztę dnia pod pokładem przy plątaninie elektrycznego spaghetti. A zaczęło się od niewinnego pytania: „czy może pan jeszcze sprawdzić ten błąd na chartplotterze?”.

BALAOU był gotowy do wyprawy.

A zatem dzieci, dobra nowina: jutro wypływamy!

Balaou1a

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Login