Karaiby – katamaranem z Martyniki na Grenadyny

Luty 11th, 2018 | Posted by carinho in Jacht | Kulinaria | Kulturka | LifeStyle | Miejsca | Rejsy | urlop | wakacje

03.02.-10.02.2018 r.

Z  portu Le Marin 14°28,19’N 060°51,97’W    do portu Clifton 12°35,78’N 061°24,87’W   i  z  powrotem.

Pierwsza wyprawa na Karaiby 🙂 A konkretnie na Małe Antyle, a jeszcze konkretniej na Wyspy Nawietrzne 😛 Ruszamy z Martyniki na Grenadyny i mamy na to 7 dni – zwykle potrzeba 10 albo i 14 dni, ale na mały rekonesans tych rejonów z tak zapaloną załogą jak nasza wystarczy nawet tydzień 😉

Pakujemy sprzęt pod okiem naszych futrzaków – w walizce będzie tego więcej niż ubrań 😛 .

Lot z Warszawy do Paryża był tylko wstępem – teraz czeka nas właściwy lot z Paryża na Martynikę, czyli mały kawałek Francji na Morzu Karaibskim 😉 Do Fort de France z Paryża jest kilka lotów dziennie – to coś mówi o popularności tego miejsca 😛 .

Gifty w samolocie – skarpety i opaska na oczy 😛 .

Nasza załoga 🙂 .

Podgląd z kamery na ogonie naszego samolotu 🙂 .

I podgląd z kamery pod spodem samolotu – właśnie startujemy 🙂 .

No to lećmy na te Karaiby! 🙂 .

W połowie drogi 😉 .

I wreszcie u celu 🙂 .

Na lotnisku w Fort de France – karnawałowe dekoracje przypominają, że zbliża się koniec karnawału… Niestety, patrząc realnie nie da się brać udziału w imprezach i osiągnąć naszych żeglarskich celów… 😛 .

Pół godziny jazdy taksówką i jesteśmy w marinie 🙂 .

A oto nasz sprzęt pływający 🙂 .

Kapitan przymierza się na swoim stanowisku 🙂 .

Mesa jest bardzo wygodnie zorganizowana 🙂 .

A sypialnie bardzo przestronne i wygodne 🙂 .

Rano formalny odbiór sprzętu i…

… porządne zaprowiantowanie 🙂 .

Wypływamy z portu Le Marin i…

… Zatoki Cul de Sac du Marin, gdzie kotwiczą setki, a może i tysiące jachtów 🙂 .

Dlatego właśnie nie ma sensu zabierać tutaj dużo ubrań… 😛 .

Piękna plaża na skraju Zatoki Cul de Sac du Marin 🙂 .

Tęcza pojawia się na niebie kilka razy dziennie, wiadomo dlaczego 😛 .

Dobę później jesteśmy już w innym państwie – Saint Vincent i Grenadyny 🙂 Szerokim łukiem trzeba opłynąć zdradliwe rafy na podejściu do portu Clifton na wyspie Union 🙂 .

Port Clifton nie jest takim portem, jak to jest rozumiane w Europie 😛  Jest to po prostu miejsce, gdzie można zakotwiczyć i zejść na ląd. Są tu tylko dwa drewniane pomosty, z których mało kto korzysta. Jachty stoją na bojkach albo na kotwicy, a desant odbywa się za pomocą pontonu 🙂 .

A ponieważ wpłynęliśmy na terytorium innego państwa, trzeba założyć odpowiednie banderki: żółtą na znak, że jesteśmy gotowi do odprawy celno-paszportowej oraz…

… Saint Vincent i Grenadynów 🙂 .

Stanie w silnym wietrze pomiędzy rafami nie jest relaksujące… Mamy nadzieję, że bojki nie zmieniają położenia, gdy mocniej przyszkwali 😛 .

Samoloty pomiędzy masztami – jeden z najlepszych widoków na Union 😉 .

Mały i bardzo przydatny porcik dla pontonów 🙂 .

Wybrzeże wyspy Union 🙂 .

Sąsiednia wyspa koralowa Palm Island 🙂 .

Tobago Cays to nasz ostateczny cel na tej wyprawie 🙂 .

Znajduje się tu rezerwat żółwi i faktycznie co chwila jakiś się wynurzał. Jednak z natury są to bardzo płochliwe zwierzątka i zobaczywszy jacht w pobliżu, natychmiast nurkowały… 🙂 .

Moglibyśmy tu zostać na noc i posnorkować na rafach, ale wiatr 28-30 węzłów nie sprzyjał tym planom… 😛 .

Na horyzoncie największy żaglowiec świata Royal Clipper, który został zbudowany w Stoczni Gdańskiej pod nazwą Gwarek 🙂 .

Opuszczamy Tobago Cays i zmierzamy na pobliską wyspę Mayreau 🙂 .

Najbardziej znana na Mayreau zatoka – Salt Whistle Bay 🙂 .

Ale my staniemy na noc w innej zatoce, znacznie mniej zatłoczonej – Saline Bay, a tubylcy już nas umawiają na kolację 😉 .

Dolary Karaibskie – schodzi tego sporo, bo tanio to tu nie jest 😛 .

Przepiękna woda i plaża… no i osłonięta od wiatru – po prostu idealna 🙂 .

Po kąpieli obowiązkowy spacer po wyspie 🙂 .

Grenadyny – tak właśnie sobie wyobrażamy Karaiby – białe plaże i pochylone wiatrem palmy kokosowe… Dlatego zaskakujące jest trochę, że większe wyspy są pochodzenia wulkanicznego i wyglądają zupełnie inaczej – są skaliste, górzyste i porośnięte lasem tropikalnym 😛 .

Wyspa Mayreau ciąg dalszy 🙂 .

Gdyby ktoś potrzebował serwisu 😛 .

Spacer przez góry do zatoki Salt Whistle Bay 🙂 .

Po drodze mijamy kościół katolicki zbudowany z kamienia – zdecydowanie wyróżnia się wśród lokalnych budowli z patyków, desek i blachy falistej 😉 .

Sam kościół nie budzi może aż tak wielkiego zachwytu, ale widok z tarasu na jego tyłach na Tobago Cays zapiera dech w piersiach 🙂 .

Niespotykany nigdzie indziej przepiękny kolor wody nad płyciznami i rafami Tobago Cays 🙂 .

Skoczne ślicznotki 🙂 .

Pokonawszy kilka sporych wzniesień wreszcie dotarliśmy do Salt Whistle Bay… 😛 .

Ale warto było! 🙂 .

Taki widoczek to prawdziwa nagroda za 40-minutowy marsz w pocie czoła 😛 .

Załoga cała w skowronkach 🙂 .

Nawietrzna strona wyspy Mayreau to raj tylko dla Kitesurferów 🙂 .

Trzeba się porządnie nawodnić przed ruszeniem w drogę powrotną 😛 .

Sporo sąsiadów nam przybyło podczas naszej nieobecności 😉 .

A oto i umówiona kolacja u Kimrona, alias Tupak 😉 Trzeba przyznać, że kuchnia karaibska jest bardzo smakowita. Ciekawostką jest to, że dania są przygotowywane w prywatnych domach, przez mamy boat-boyów, którzy później serwują zamówione posiłki na piknikowych stołach przy plaży. Pomysł bardzo oryginalny i idealnie wpisuje się w tutejsze klimaty 😉 .

Niektóre dania są jeszcze „szlifowane” na grillu 😉 .

A nazajutrz cumujemy już przy wyspie Saint Vincent w zatoce Wallilabou Bay 🙂 .

Zatoka Wallilabou Bay stała się sławna dzięki kilku scenom w filmie „Piraci z Karaibów” 🙂 .

Trudno będzie o powtórkę – tęcza schodzi z nieba pomiędzy jachty… coś niesamowitego 🙂

W oczekiwaniu na odprawę celno-paszportową chłopcy zajęli się czymś pożytecznym 😉 .

I tak oto odkryliśmy anatomię orzecha kokosowego 😉 .

Tutaj też nagraliśmy sobie obiadek u mamy boat-boya znanego jako Iceman 😉 .

Motywy z „Piratów z Karaibów” można spotkać na każdym kroku 🙂 .

Nieco ponury fragment scenografii…

Kilka fotek z kręcenia filmu…

… no i szubienica i dyby, które wprowadzają w odpowiedni nastrój… 😉

Wallilabou Bay to nie koniec świata, Wi-Fi mają 😉 .

I żółwie też mają 😉 .

Oto biuro urzędników celnych i imigracyjnych – nie ma żadnego info, a godziny pracy znają tylko miejscowi 😉 Dowiedzieliśmy się od nich rano, że urzędnicy byli tu wczoraj po południu… A dziś? Jak oficer przyjedzie autem, to będzie koło 16:30, a jak autobusem to koło 17:30 😛 Karaiby… 🙂

Czekając aż urzędnicy przyjadą ze stolicy Saint Vincent i Grenadyny – Kingstown, wybraliśmy się na przechadzkę po okolicy 🙂 .

Brzmi jak prawdziwa nazwa lokalnych linii promowych 😉 .

Spacer wśród bujnej zieleni i w przelatującym co 5 minut drobnym deszczyku był… orzeźwiający 😉

Na niewielkich paskach ziemi wyrwanej spod lasów tropikalnych uprawia się m.in. banany 🙂 .

Cel naszej pieszej wycieczki – „wodospad” na terenie parku narodowego 😛 .

Swego rodzaju pomnik przyrody – potężne drzewo na piedestale z kamiennego mostu 🙂 .

Wypatrujemy urzędników z pokładu… ale przed 17stą pewnie się nie pokażą… 😛 .

Wreszcie o 18stej byliśmy już po wszelkich formalnościach i na wyjściu z Wallilabou Bay skąpanej w złotych promieniach zachodzącego słońca… 🙂 .

Kapitan dla spokoju ducha sprawdził klar na pokładzie przed nocną żeglugą 😉 .

Jeszcze po kawce przed postawieniem żagli 🙂 .

Żagle staw! 🙂 .

Tej doby chcemy pokonać 76 Mil do Martyniki – mamy trochę pod wiatr, więc realnie dopłyniemy tam dopiero  jutro po południu 🙂 .

Wiatr wg prognozy miał być silny, ok. 25-28 węzłów, ale nie sztormowy… W rzeczywistości wiało nawet 38-45 węzłów, a wzburzone fale targały naszym katamaranem wprost niemiłosiernie…  Pół załogi się pochorowało, ale w efekcie końcowym dotarliśmy na miejsce ekspresowo, w zaledwie 9 godzin 😛 . Dzięki temu mogliśmy spędzić cały dzień na miłym kotwicowisku w pobliżu naszej bazy Le Marin 🙂 . Można by podsumować ten rejs jako szybki i  niełatwy. W ogóle Karaiby nie są raczej dla nowicjuszy – oceaniczne warunki i najeżone rafami wody wokół wysp… Trzeba mieć dobre mapy, sporo doświadczenia i tyleż rozsądku, żeby nie wpaść w tarapaty 😉 .

Po południu ruszyliśmy do portu – trzeba na koniec uzupełnić paliwo 🙂 .

Mijamy sprytne łódki tutejszej konstrukcji i…

… kilka zatopionych jachtów… 😛  Brak dozoru przez dłuższy czas może źle się skończyć…

Nasz poranek w Le Marin… 🙂 .

Sprzęt pływający oddany bez usterek 🙂 Pozostaje tylko czekać na taksówkę na lotnisko 🙂 .

Tak wygląda załoga po 9-godzinnym locie z Martyniki do Paryża i 12 godzinnej przesiadce na samolot do Warszawy, a przedtem jeszcze całonocnej żegludze 😛 Trudno zaprzeczyć, że to był bardzo intensywny wyjazd, i podróż, i żegluga – z założenia był tylko dla wytrwałych i wprawionych w boju, a i tak na koniec wszyscy polegli (jak widać na załączonym obrazku) 😛 🙂 🙂 .

A na koniec krótki filmik z nurkowania w Wallilabou Bay 🙂

 

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Login